Homepage
 
Wyszukaj
Polska
Ericsson - od 105 lat w Polsce 
Ericsson - od ponad 100 lat w Polsce

Związki firmy Ericsson z Polską datują się od 1904 roku, kiedy to została uruchomiona centrala telefoniczna w Warszawie przy ul. Zielnej. W ciągu kolejnych lat zostały zainstalowane centrale w Lublinie, Lwowie, Łodzi, Bydgoszczy i Sosnowcu.

 

 

 

Historyczna siedziba firmy Ericsson w Polsce w Warszawie to budynek PAST-y przy ulicy Zielnej, natomiast dzisiaj w stolicy Ericsson mieści się w biurowcu Brama Zachodnia w Alejach Jerozolimskich 92.

Zobacz film obrazujący ponad 100 letnią obecność firmy Ericsson w Polsce
Pierwsza centrala firmy Ericsson przy ulicy Zielnej

Gdy w 1904 r. spod rusztowań odsłoniła się odnowiona fasada dawnej centrali Cedergrena przy Zielnej 37 (wtedy 35) zachwyt przechodniów wzbudziła solidnie zaprojektowana, eklektyczna fasada. Od cokołu po gzyms wyłożona została jasnym, szwedzkim wapieniem z Gotlandii. Dziś to wyjątkowo cenny
zabytek. Zachowane na nim ślady po pociskach mówią o burzliwej historii gmachu, a pochodzący ze Szwecji kamień jest pamiątką po ponad stuletniej obecności Ericssona na Zielnej. Złoża, z którego pochodzi dawno przestano eksploatować.

To ujęcie ulicy Zielnej jest unikatowe. Pseudośredniowieczna, szwedzka wieża prawie nigdy nie była fotografowana od północy. Tu widzimy ją jak wyrasta ponad gęsto stłoczone kamienice u zbiegu Zielnej i Próżnej.

Przyznanie w 1902 roku H.T. Cedergrenowi pozwolenia na przebudowę sieci telefonów Bella na system stacji centralnej zaowocowało decyzją o budowie nowej centrali wykorzystującej technologię Larsa M. Ericssona. Tym razem wybór padł na posesję przy Zielnej 37, położoną zaledwie kilkadziesiąt
metrów od centrali na Próżnej. Miejsce nadawało się znakomicie. Od ulicy posesję oddzielał płot, za którym znajdował się pusty plac otoczony z trzech stron oficynami. Budowę zaczęto prawdopodobnie w 1903, a ukończono jesienią 1904 roku. Uroczystego otwarcia centrali dokonano16 listopada 1904 r.


Projektantem był Izaak Gustaw Clason profesor Politechniki Sztokholmskiej, zaś na miejscu budowę realizował warszawski architekt Bronisław Brochwicz-Rogóyski znany z dużego poczucia humoru. On też musiał być autorem przynajmniej części projektów wykonawczych. Układ wnętrz i pokoi został wskazany przez samego inwestora: Henrika Tore Cedergrena.

 

O historii firmy Ericsson w Polsce opowiada Katarzyna Pąk, Dyrektor Działu Komunikacji
Chluba centrali: telefonistki
   

 Zamierzoną polityką władz w momencie powstawania pierwszej w Warszawie centrali telefonicznej było zatrudnianie kobiet. Do tej pory te z nich, które nie posiadały majątku, bogatego męża, czy rodowego spadku mogły być najwyżej sklepowymi lub guwernantkami. Wraz z powstaniem posady telefonistki zyskiwały prestiż, awans społeczny i często niezależność finansową.

 

Otrzymać pracę u panów Cedergrena i Ericssona nie było łatwo, ale warto było spróbować. Firma stawiała kandydatkom wysokie wymagania. Przyszłe telefonistki przechodziłyy rozmowy kwalifikacyjne. Firma szukała dziewcząt ładnych, o miłym głosie, a ponadto mówiących w jakimś obcym języku, bezwzględnie po rosyjsku. Mile widziany był francuski lub niemiecki. Musiały być niezamężne i bezdzietne. Kandydatki na telefonistki przechodziły zatem ostrą selekcję. Na posadach telefonistek pracowało dużo ziemianek, które właśnie ubożały na skutek zwrotów historii i szukały zatrudnienia, a wybierano panny z dobrych domów, bo były gwarancją wysokiej kultury osobistej. Do szwedzkiej wieży na Zielną nie trafiał nikt „tak po prostu“.

 

Przyszłe telefonistki musiałyy przedstawić dokumenty potwierdzające ich „nieposzlakowaną opinę´”, a najlepiej zostać polecone lub mieć kogoś z rodziny, kto już pracował i mógł poręczyć za nową pracownicę. Kryteria te obowiązujące przed pierwszą wojną światową nie zmieniły się także w latach międzywojennych, gdy w obyczajowościi i życiu społecznym dokonywały się rewolucyjne zmiany.

 

Dlatego podanie pani Róży Szpądrowskiej zaczyna się od słów: „Ja niżej podpisana ośmielam się prosić Ministerstwo Poczt i Telegrafów o zaliczenie mnie w poczet swego personelu. Wyznania jestem rzymsko – katolickiego, Polka, panna...” A kończy się zapewnieniem, że „referencji o mnie może udzielić księżna Jadwiga Lubomirska (...) oraz prokurator Sądu Apelacyjnego”.

 

– Mama miała dwa imiona: Władysława Helena, ale używała właśnie tego drugiego, bo zwyczajnie je lubiła – opowiada pani Zofia, córka telefonistki. – Z domu była Bors. Mieszkała za Żyrardowem, więc, kiedy przyjechała do Warszawy wynajęła pokój na ul. Zielnej w budynku obok PAST-y. Okazało się, że córka właścicieli pracowała jako telefonistka w centrali Ericssona.

 

Po powrocie z frontu I wojny światowej pokój obok wynajął wraz z kolegami mój ojciec. Tak się poznali. Wizytówka z rdzawymi zabrudzeniami na nazwisko Kazimiera Grassman (przyjaciółka rodziny: Kazimiera Malinowska z domu Adamczyk, primo voto Grassman, przed 1922 rokiem telefonistka, potem stenotypistka w Sejmie, żona senatora) jest tak naprawdę listem polecającym pannę Helenę Bors:

 

„Szanowna Pani! Oddawczyni niniejszego biletu jest p. Bors. Najuprzejmiej proszę o przyjęcie jej na posadę telefonistki, za którą już prosiłam panią i otrzymałam przychylną odpowiedź. Przy tej sposobności miło mi załączyć serdeczne pozdrowienia dla Szanownej Pani. Zawsze wdzięczna dawna K. M.”

 

Helena Bors rozpoczęła pracę na stanowisku telefonistki miesiąc później, gdy pomyślnie przeszła rozmowę wstępną.

Telefonistka Helena Bors

Cud techniki, jakim była centrala na Zielnej chętnie odwiedzali dziennikarze warszawscy. Jeden z nich porównał pracę telefonistek do gry na fortepianie z niemą klawiaturą. „Telefonistka spogląda przed siebie, niczym w nuty na tablicę pełną malutkich, okrągłych mlecznych szkiełek, z których każde odpowiada jednemu numerowi aparatu” — pisał.

 

Około 1906 r. Towarzystwo zatrudniało łącznie 171 telefonistek. Pracowały po siedem godzin dziennie z podziałem dnia na trzy godziny pracy, trzy wypoczynku i ponownie cztery godziny pracy. Praca kobiet u Ericssona oznaczała w Warszawie rewolucję socjalną i obyczajową przeszczepioną z drugiej strony Bałtyku. Po raz pierwszy nie tylko dostrzeżono szczególne zdolności kobiet, ale też zapewniono im bezpieczeństwo socjalne i standardy pracy nie znane dotąd nad Wisłą.

 

Pracownicom Ericssona zazdrościły kobiety zatrudnione w tym czasie w warszawskich cukierniach, kasach sklepów, kancelariach firm czy urzędów. Panny „zamknięte w szwedzkiej wieży” na Zielnej miały przy tym wyższy status. Praca w telefonach wyraźnie nobilitowała. Przy okazji warto dodać, że mała szwedzka rewolucja wWarszawie nałożyła się na burzliwe lata rewolucji 1905 roku, która odmieniła sytuację społeczną i atmosferę polityczną w całym imperium rosyjskim.

 

Ericsson zakłada Klub Panien Telefonistek

Dzień telefonistki z centrali telefonicznej Cedergrena (potocznie zwanej PAST-ą od Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej, obecnie Ericsson) zamykał się w siedmiu godzinach pracy: rano trzy godziny, potem trzy przerwy i znowu cztery godziny pracy. Wiele osób postronnych, nienawykłych do oszczędnej szwedzkiej architektury, otwarcie współczuło dziewczynom tak ponurego – ich zdaniem – miejsca pracy; Kornel Makuszyński pisał wręcz o „pannach zamkniętych w szwedzkiej wieży warownej”. Wszystko zmieniło się, gdy gazety opisały wnętrza budynku autorstwa Ragnara Östberga i pomieszczenia przeznaczone wyłącznie dla wygody telefonistek zajmujące całe piętro.

 

 

 

Godziny pracy telefonistki spędzały w sali „A” lub sali „B” centrali. Natomiast centrum czasu wolnego stanowił „salon klubowy panien telefonistek.” Składał się z kuchni, bufetu, sali jadalnej i sali gościnnej „przeznaczonej bądź do odpoczynku, bądź też do przyjęcia obcych, a nawet do zabawy.” W saloniku klubowym stało pianino, biurko do pisania listów, stolik do robót, fotel bujany. Wydawano posiłki na koszt firmy lub „po kosztach własnych”. W tym samym klubowym saloniku – nazywanym czasem gabinetem - zupełnie oficjalnie obchodzono np. imieniny pracownic. Część telefonistek wspominała okolicznościowe zdjęcia zrobione właśnie w saloniku klubowym podczas takich uroczystości. „Na pewno były tam świeże kwiaty, napoje, chyba bufet... Ciasteczka na pewno, bo pozwalano ziemiankom dorabiać również poprzez sprzedaż wyrobów własnych na terenie centrali. Często piekły ciasta na zamówienie.”- wspomina córka jednej z telefonistek, która jako małe dziecko grywała na klubowym pianinie dla mamy i jej koleżanek.

 

 

Telefonistki miały też do dyspozycji szatnię z numerowanymi szafkami zamykanymi na klucz, umywalnię oraz na ostatnim piętrze - obok gabinetu naczelniczki - sypialnię z dwoma łóżkami dla tych, które oczekiwały na nocny dyżur. Podobno był też szezlong – pracodawca doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na bóle pleców, głowy, czy stres nie było nic lepszego niż 15-20 minutowa drzemka w trakcie wyczerpującego dyżuru.

 

W kącie stało pianino, a panny mogły zapadać w krótką drzemkę w głębokich fotelach. Nie zapomniano nawet o sypialni z dwoma łóżkami dla telefonistek; mieściła się obok pokoju naczelniczki. „Telefonistki, które późno w nocy kończyły swój dyżur i nie mogły wrócić do domu (wiele z nich mieszkało w okolicach podmiejskich), zażywały tu zasłużonego odpoczynku.”

 

W podziw wprawiała tzw. „sala lustrzana” umieszczona obok szatni, czyli łazienka wyposażona we wszystkie potrzebne przybory toaletowe, toaletkę z lustrem i białą armaturę. Wszystkie te pomieszczenia były stworzone i dostosowane wyłącznie dla potrzeb telefonistek, zajmowały całe piętro, na które docierało się windą elektryczną i były czymś na kształt prywatnych „apartamentów” - pozostali pracownicy PASTy jak urzędnicy, kasjerzy, czy dyrekcja mieli do dyspozycji swoje gabinety i osobne łazienki na niższych kondygnacjach.

 

Jednak Klub Panien Telefonistek nie był tylko pomieszczeniem, gdzie można było mile spędzić czas na ploteczkach, albo pochwalić się przed koleżankami muzykalnym dzieckiem, ale także swoistą instytucją na kształt kobiecych związków zawodowych. Dbano o to, aby pięć procent miesięcznych dochodów każdej telefonistki było odkładane w tzw. Kasie Przezorności i wypłacane właścicielce po odejściu z pracy w formie emerytury.

 

Telefonistki miały także swojego przedstawiciela w zarządzie, którym była ich kierowniczka. Zostawiano im także wolną rękę przy zamianie godzin – nazywano to handlem dyżurami: panny, które potrzebowały np. wolne popołudnie oddawały część swojego dyżuru koleżance, która akurat tego dnia miała wolne, a była w potrzebie i chciała wziąć dodatkowe godziny, aby dorobić do swojej podstawowej pensji. U kierowniczki była specjalna tablica dyżurów wisząca na ścianie, gdzie każda z dziewczyn mogła wpisać „godziny nabyte” i te, które chciała „sprzedać”. Pod koniec miesiąca wszystko było skrupulatnie podliczane i dodawane lub odejmowane od pensji.

 

W dobie automatyzacji warszawskie telefonistki dzięki swojej przedstawicielce w Zarządzie firmy miały prawo negocjacji wysokości odpraw, które przyznano każdej pannie, która pracowała co najmniej przez rok na stanowisku telefonistki. Odprawy były jednorazowe lub comiesięczne wypłacane na przestrzeni roku. W latach 30-tych z przywileju negocjacji skorzystały wszystkie telefonistki z całej Polski.

Dowiedz się więcej
Pracownicy firmy Ericsson i brand
Ericsson wspiera młodych artystów