Łazienka jako pojęcie toalety zakorzeniła się w świadomości Polaków w XX wieku. Łazienki w budynku PASTy firmy Ericsson były ambasadorem nowego podejścia do higieny i estetyki „tualet”. Budziły podziw – jak i cała centrala na Zielnej.
Budynek PAST (Polska Akcyjna Spółka Telefoniczna) został zbudowany przy ulicy Zielnej 39 w 1908 roku według projektu słynnego szwedzkiego architekta Gustawa Clasona oraz polskiego architekta-wykonawcy Bronisława Brochwicza-Rogoyskiego. W ówczesnej prasie wszędzie podkreślano, że wnętrze oraz wszystkie sprzęty zostały specjalnie zaprojektowane z myślą o specyficznych potrzebach centrali przez słynnego architekta Ragnara Östberga, oraz że każdy niemal element przyjechał aż ze Szwecji; poczynając od mebli, a na „armaturze do oświetlenia” kończąc. To samo dotyczyło wyposażenia łazienek „o formach nowych, oryginalnych, z których tryska jakiś nastrój artystyczny, ujawniający wielką kulturę piękna.”
„Wygódki i tualety lśnią się swą białością. Ściany wyłożone płytkami, pomieszczenia oświetlone elektrycznością i wentylowane mechanicznie (...).” Szwedzkie „eleganckie łazienki” – jak o nich mówiono - okazały się objawieniem i zmianą sposobu myślenia o łazienkach w ogóle. Nie były dobudowanymi klitkami dosłownie wiszącymi na zewnątrz nieprzystosowanych do nich kamienic. Innymi słowy łazienki były tak ładne i nowoczesne, że warszawiacy przychodzili pod różnymi pretekstami do budynku PAST, aby je zwiedzać...
Tak jak obecnie dokonuje się rewolucja w sposobie postrzegania łazienek – mniej już jako przestrzeni wyłącznie higieny codziennej, a bardziej jako miejsca relaksu, domowego spa – tak i na początku lat dwudziestych „umywalnie” zastąpiły balię, a „tualety” wygódki. W prywatnych mieszkaniach zostały wyodrębnione osobne pomieszczenia i nastały czasy pokoi kąpielowych. Mniej więcej w tym okresie siedmioletnia wtedy pani Janina przychodziła z guwernantką po mamę telefonistkę, gdy ta kończyła pracę: „Nie pamiętam dokładnie jak wyglądały łazienki Ericssona, ale musiały zrobić potężne wrażenie na małym dziecku, bo do dziś zostało mi wspomnienie marmuru, luster, klamek... bardzo wysokich klamek. W tamtych czasach, nawet w bogatych, eleganckich domach nie było toalet. Trzeba było wychodzić na zewnątrz. Potem była jedna wygódka na kilka mieszkań na każdym piętrze. U mojego wuja w kamienicy mieszkały obok siebie dwie rodziny. Domownicy mieli klucz i kiedy dziecku takiemu jak ja zachciało się siusiu, musiałam wyjść z kimś dorosłym na korytarz i skorzystać ze wspólnego ustępu: dla sąsiadów, domowników, służby itd. To było okropnie nieprzyjemne. Ciasne pomieszczenie, dziura i ktoś niecierpliwie czekający tuż za drzwiami. Wszystko skrzypiało. I ciągle miałam wrażenie, że skądś wieje...„
Prawdopodobnie podczas wizyty w budynku PASTy Janina została zabrana nie do „tualety z klozetem i umywalnią”, którą posiadał „każdy oddział” – jak skrupulatnie relacjonował dziennikarz Przeglądu Technicznego – ale do pomieszczenia obok szatni, gdzie oddano do dyspozycji telefonistek tzw. pokój toaletowy „z sześcioma wykwintnemi umywalniami i wszelkimi przyborami tualetowymi”. Oraz olbrzymimi lustrami, które tak bardzo zapadły w pamięć małemu dziecku.